Ona jest kolorem.

Jest szalona, tym szaleństwem które sprawia że jej śmiech wyrywa drzewa i chmury spadają nam na głowę. A potem z głowami w chmurach całujemy się tak, jakbyśmy się zjadali i karmili i próbowali połknąć w całości.

A ona patrzy na mnie tymi oczami a w tych oczach ma palce. I dotyka mnie nimi i drapie i głaszcze. A w jej dłoni jest język i więcej niż pięć palców, bo po ciemku czuję na sobie jej oddech i szept i dotyk tak wielki, że tych palców musi mieć sto u każdej z rąk, a rąk też ma sto. I otula mnie nimi tak szczelnie jak taśmą i zawija mnie nimi, od mych stóp aż po moje wszystkie głowy. Bo dla niej tracę głowę i wtedy rośnie mi kolejna. Potem i ją stracę. I wszystkie kolejne ledwo wyrośnięte.

W jej torebce jest wszystko i boję się tam zaglądać. Gdy zaglądam widzę otchłań i bezdenną przepaść. A w tej pustce jest coś znajomego. Ale ja nie muszę się tam gubić, bo gubię się w jej ustach. A jej usta to więcej niż dwie wargi i język. Ona ma sto języków i liże mnie nimi, tak jakby chciała zedrzeć ze mnie skórę i pot i mnie. Próbuje zlizać z ciała miłość i nakarmić się nią aż po czubki palców, których ma sto u każdej z rąk.

Jej nogi są długie aż do Nieba i tak strome że wczepiam się w nie zębami i wbijam w nie palce.
I wdrapuję się po nich, wspinam i modlę by nie spaść, by nie popatrzeć w dół.

A w jej śmiechu jest wszystko. Życie i śmierć. To ten rodzaj śmiechu który zostaje ci w głowie. Wwierca się. Przylega do ciebie. Jej śmiech to wiosna i czuję jak stapia mnie i te całe zimno. Taki śmiech zamykam w pudełku i wkładam do kieszeni, by zjeść go potem, gdy przestanę go słyszeć nawet echem w swojej głowie.

A jej włosy mają wszystkie kolory i błyszczą na słońcu które spala się od jej promieni. I jej włosy są zielone i niebieskie. I są czarne. A jutro może będą czerwone. Bo ona nie ma koloru, ona jest kolorem. Bo przez nią umieram i przez nią odżywam. A gdy mnie przytula to czuję że to więcej niż dwie ręce mnie obejmują.

A jej oczy palą się i nie gasną nigdy, jak gwiazdy na niebie, czasami przesłania je chmura i ona się chmurzy i słyszę grzmoty i burzę. Wtedy wyciągam dłonie nad głowę i ten parasol czeka, aż spadną ostatnie krople jej złości. I potem znowu przychodzi słoneczny dzień i patrzę na tęczę, a tęczą jest ona.

I gdy ją kocham to kocham sto kobiet którymi jest ona. Każda ma inną twarz i inne usta i oczy i włosy. I wszystkimi jest ona i staram się zapamiętać ją, je wszystkie po zapachu i po tym dotyku stu palców na moim karku i moich plecach których gdy mnie dotyka, to też mam więcej niż jedne, więcej niż przedtem.

I zasypiam powoli, a poduszka mówi mi szeptem jej imię do ucha. A uszu mam więcej niż dwoje, bo szeptanie słyszę w sercu i w głowie i na języku.

0 comments