Celebracja samych siebie w e-zyciu

Niektórzy ludzie chyba srają ustami bo to co mówią to kawał gówna.
Nienawidzę dzisiejszych czasów i dzisiejszych ludzi, którzy chyba klejem przymocowali sobie do twarzy swoje telefony a jedyne czym się żywią to woda, bezglutenowe Coś, wkurwianie innych i brokuły.

Żyjemy i dusimy się w tej Chmurze kłamstwa, bezpiecznie ignorując to, jak wygląda prawda. W dzisiejszym świecie sami kreujemy siebie i to jak widzą nas inni. Skoro już jesteśmy w Matrixie to po co być sobą? Stwórz nową postać. Zmień wygląd szpachlując stare foty fotoszopem. Więc tak, zgodziliśmy się sami na te reguły. Więc gramy, udajemy, tworzymy siebie od zera z elementów które akurat nam pasują. Wyrażamy siebie i swoje emocje, poprzez hasztagi i linki do yt. Chcąc być popularniejsi, na tej scenie pełnej narcystycznych, internetowych celebrytów własnych kont, zaczynamy się dostosowywać. Lubić to co inni. Subować słynne kanały na yt i słuchać muzy, która niekoniecznie się nam podoba, ale z pewnością ma najwięcej wyświetleń. Ci wszyscy fani Popka, Quebo i Taco, którzy zaciskają zęby żeby nie krzyczeć z bólu, gdy te dźwięki gimbusiarskich hymnów, gwałcą im uszy i wywlekają duszę w nicość.

Sprzedajemy się na kawałki, kroimy Nasze Ja na cyfrowe plasterki, a jedyną nagrodą za to wszystko, za te oddanie serca, wolności, duszy i własnego głosu – są lajki. A czymże są one, jeśli nie oznaką akceptacji przez innych? Lubią to, więc lubią nas. Hurra, jesteś kurwa częścią grupy, która tak samo jak i ty, jara się piosenkami o ruchaniu i paleniu zioła. Czujemy się mniej samotni, jeśli ktoś dał nam komentarz, obejrzał nasze zdjęcia, zaśmiał się z tego samego mema, lub rozczulił nad tym gifem ze słodkim kotkiem. Jeśli ktoś, ktokolwiek klinął w nas i potwierdził tym że nadal Jesteśmy i jeszcze, jeszcze nie, nie utopiliśmy się w ekranie własnego monitora.

Internet pozamykał nas w klatkach, w cyfrowych twierdzach i więzieniach. A my jak najgorsi frajerzy, dobrowolnie skazaliśmy się na dożywocie w nim. Prosząc jedynie o więcej aplikacji na fona i o szybszy transfer. Unikamy wychodzenia z domu, konfrontacji, trydnych i ważnych słów, zdań wielokrotnie złożonych, szczerości, prawdy, patrzenia w oczy i rozmawiania na żywo. Zamiast tego coraz częściej wybieramy „rozmawianie” przez internetowe kamery, lub jeszcze prościej, poprzez klikanie w klawiatury, bądz ekrany naszych telefonów, które dotykamy częściej niż drugiego człowieka. A już na pewno częściej chodzimy z nimi do łóżka. Bliższy jest nam smartfon niż drugi człowiek i już samo to jest kurewsko smutne i tragiczne. Współczesny Hamlet. Zrozpaczony gówniarz w bluzie ze Sto Pro i z zepsutym tabletem w dłoni.

Unikamy prawdziwego życia jak tylko się da, bo jest zbyt szare, szorstkie, bolesne i problematyczne. W necie jest łatwiej. Przekazywać coś innym, podrywać, rozmawiać, żartować i ripostować. Mieć idealne życie, idealny związek, perfektcyjne wakacje i weekend. Być zawsze spokojnym, szczęśliwym, wrednym lub okrutnym. Bo na odległość nie widzimy reakcji drugiej osoby. Hejterzy są odważnymi cowboyami klawiatury, bo przez neta nie dostaną w mordę. Ilu z tych ludzi potrafi powiedzieć ci to samo na żywo? Zajekurwabiście niewielu. Żyjemy w świecie, w którym na jedną dziewicę przypada stu gwałcicieli.
( I może dlatego chodzą tak sfrustrowani?) Nienawidzę tych czasów i najchętniej wyrzyciłbym z krzykiem laptopa i telefon przez okno. Pozbył się internetu i zasięgu. Wykasował siebie z chmury i po prostu żył Życiem, tym prawdziwym i jedynym które jest istotne. Czasami kurwa mam straszną ochotę po prostu wylogować się z tego e-życia.

Jesteśmy pokoleniem największych narcyzów i egocentryków, którzy mają w ekranach monitoru własne wirtualne ołtarzyki na cześć samych siebie. Zapatrzeni w siebie. W swoje wymyślone problemy i życiowe dylematy. Mentalna masturbacja nad własnym portretem i miliard razy przerabianą fotką na insta. Zgrywamy idealnych. Usuwamy sobie zmarszczki i pryszcze i ceculit. Gumką z painta usuwamy własną tożsamość, a jedyne co zostaje, to wymuskane do granic sztuczności sztuczne Coś. Twór bardziej przypominający te wytrzeszczone i wygłodzone potwory z okładek Gali i Przyjaciółki, które z prawdziwą kobietą mają tyle wspólnego, co Aleksandra Daddario z dziewictwem.

Ale przecież prawda nie jest ważna. Jest zbyt nijaka i szara. Źle się sprzedaje. Lepiej dodać jej koloru. I dodajecie. I w tym waszym równaniu 2 + 2 = 7. Żyjemy w chujowych czasach, bo drugiego człowieka poznajemy przez szybę naszego monitora. Bo na odległość łatwiej jest być szczerym. Łatwiej też kłamać. I najgorsze w tym wszystkim jest to, że nigdy nie wiesz co jest prawdą, a co tylko żartem i lekkim XD.

0 comments