Hamlet z Oslo czyli recenzja „Policji” Jo Nesbø

Na początku było słowo. A nawet wiele słów bo Jo Nesbø lubi się rozpisać. Jest to popularny norweski pisarz, specjalizujacy się głównie w mrocznych kryminałach. I zdecydowanie nie są to książki dla wrażliwych osób, ponieważ historie które opowiada Nesbo, są okrutne, drastyczne i bardziej emocjonalne niż cała Gra o tron. Pisarz ten ma talent do pisania swoim lekkim piórem o sprawach ciężkich. Idealnie zna swoje norweskie społeczeństwo a Oslo dla niego jest jak długoletnia kochanka, razem przeszli wiele i nie zawsze bywało miło, ale koniec końców, zawsze wraca właśnie do niej.

I słowo ciałem się stało. Ale dopiero w okolicy 156 strony „Policji” bo wcześniej fabuła skupiała się na zwykłej pracy policji. Pokazywała nam wszystko tylko nie jego. Jo Nesbø dobrze wie jak zainteresować czytelnika. Zrobić mu smaka na więcej… W końcu wrócił on, długo oczekiwany, Harry Hole. Postać wręcz szekspirowsko tragiczna, która pomimo swoich wielu wad nadal budzi naszą sympatię. A może właśnie dlatego. Bo Hole tak jak i często my, nie radzi sobie w życiu. Jest alkoholikiem, pali za dużo, a kobiety w jego życiu oznaczają tylko kłopoty. Bywa mocno destrukcyjny i aspołeczny, a przez swoją brutalną szczerość oraz ośli upór zyskuje sobie coraz to nowych wrogów, zarówno wśród podejrzanych i świadków, jak i w szeregach samej policji.

I zamieszkało między nami. Coś w rodzaju smutku. Bo pomimo świadomości że Hole rozwiąże kolejną makabryczną zagadkę, wiedzieliśmy od początku o tym, że jak zawsze u Nesbø, jego bohater musi to czymś przypłacić. Kolejną stratą bliskich, współpracowników, lub części samego siebie. Czasem wręcz dosłownie, bo na przestrzeni tego 10 tomowego już cyklu, Harry nie tylko zyskał wiele szkaradnych blizn ale i stracił własny palec. Tracił jednak coś jeszcze. Coś ważniejszego. Człowieczeństwo. Z każdym zabitym przez siebie wrogiem, staje coraz bliżej krawędzi. Z ledwością powstrzymuje się od ostatecznego upadku, radząc sobie za pomocą końskich dawek whiskey i mocnych leków. Z czasem coraz lepiej rozumie ściganych morderców, bo sam ma ich krew na rękach. Bo sam jest taki jak oni. I nie jest istotne czy zabijasz złych czy dobrych. Liczy się sam fakt przekroczenia granicy i bycia po tej drugiej stronie. Dylemat moralny przed którym staje za każdym razem.

Jak było zawsze. Teraz i na wieki wieków tak zostanie. Harry Hole nie jest kimś kto skończy dobrze. Jest na to zbyt tragiczny i już dawno temu coś w nim pękło. I mając tą świadomość, modlę się do okrutnego Nesbø, by w koncu zakończył te katusze. By Hole przeszedł na emeryturę albo nawet umarł. By w końcu dostąpił spokoju i odpoczynku. A my, jako czytelnicy razem z nim. Bo pomimo tego że Jo Nesbø nie jest najlepszym pisarzem na świecie, to zdecydowanie stworzył najlepszą fikcyjną postać jaką znam. Tak prawdziwą i realną jak to tylko jest możliwe. Amen.

0 comments